Stowarzyszenie Hospicjum Królowej Apostołów   06-500 Mława   ul.Spichrzowa 2    e-mail: apostolka3@wp.pl     KRS 0000191060
DZIĘKUJĘ  KAROLINO !




Lipiec 2007 był bardzo upalny, słońce paliło niemiłosiernie.
W samochodzie którym jechaliśmy  wszystkie szyby były opuszczone, ale gorący wiatr niewiele nas chłodził. Jechaliśmy gdzieś daleko poza Mławę do małej miejscowości o nazwie Popowo mijając pola, małe wioseczki, pojedyńcze domy wśród pól. Parę dni przed wyjazdem Ela mówiła mi, że jej spowiednik ksiądz Czarek z Popowa wspominał o dziewczynce z parafii, która choruje od jakiegoś czasu na nowotwór głowy i że bardzo chciałby, żebyśmy  zapoznali się z Karoliną i jej rodzicami. Sam próbował i nie bardzo mu to wyszło.Jechaliśmy więc w nieznane ufając, że w życiu nie ma przypadków i dzieje się tak w jakimś celu.
Na plebani było chłodno i przyjemnie, piliśmy lemoniadę z lodówki. Ksiądz Czarek ciągnął Sebastiana do rozmowy, ale Sebastian odpowiadał słówkami. Siedział na pufie i zadzierał głowę spod długiego daszka dżokejki odpowiadając księdzu. Od czasu choroby nie zdejmował czapki, dla dzieci utrata włosów po chemioterapii jest najgorszą rzeczą jaka mogła ich spotkać. Ksiądz wyjaśnił jak mamy dojechać do domu Karoliny i pożegnaliśmy się na schodach plebanii. Domów w Popowie Kościelnym nie ma wiele, jest jedna prosta ulica od kościoła do lasu. Karolina mieszkała w ładnym, nowo postawionym domu
o ciepłym pastelowym kolorze. Wszystko wokół domu było eleganckie, zadbane i miłe dla oka.Ela zadzwoniła do drzwi i czekaliśmy dłuższy czas na schodach, aż ukazała się w nich ładna blondynka. Zastanawiałam się czy to Karolina. Ela zaczęła jakąś rozmowę "... czy pani mnie pamięta z oddziału onkologii dziecięcej?..., a może Sebastiana pani widziała na oddziale?.."Staliśmy wszyscy na schodach, a dochodzenie kto kogo pamięta, nie pamięta trwało.Dopiero nazwiska lekarzy prowadzących, inne skojarzenia sprawiły, że atmosfera stała się mniej napięta.


Siedliśmy w ogrodowych fotelikach, Ela z mamą Karoliny już rozkręcały znane sobie tematy szpitala, tomografii, rezonansu, wyników badań, płytki, leukocyty....Czekałam na Karolinę spoglądając na schody domu. Nie wychodziła. Pomyślałam, że to z powodu upału i słońca, które ciągle tak silnie grzało.W pewnej chwili obydwie mamy stwierdziły, że Sebastian powinien pójśc do pokoju Karoliny i porozmawiać z nią, bo to przecież  rówieśnicy. Pozazdrościłam Sebastianowi i odczułam tęsknotę za Karoliną. Przysłuchiwałam się rozmowie matek. Teraz Agnieszka-mama Karoliny opowiadała jak to się stało, od kiedy, jakie były objawy. Ze smutkiem przysłuchiwałam się, że we wrześniu ubiegłego roku zaraz na początku roku szkolnego Karolina zaczęła mieć bardzo silne bóle głowy doprowadzające do torsji, omdleń. W Warszawie stwierdzono, że symuluje, ponieważ nie chce wrócić do szkoły po wakacjach...Przy zmianie lekarza i szpitala stwierdzono, że to glejak-złośliwy nowotwór mózgu.
Podniosłam się niespodziewanie z fotelika mówiąc, że idę do dzieci i nie czekając na odpowiedź już byłam na schodach. Pokój Karoliny był zielony, ten kolor przeważał i sprawiał uczucie chłodu. Karolina i Sebastian siedzieli na sofie. Karolina była spięta obecnością obcych.Zaczęłam rozmowę z Karoliną patrząc na jej delikatną twarz, subtelne rysy, słuchając jej dziecinnego głosu. Mówiła krótko i oględnie, za to ja mówiłam długo, śmiesznie, wesoło, dzieci się śmiały a ja z nimi.Pomyślałam, że powinnam już wrócić do ogrodu. Na koniec powiedziałam coś na temat choroby Karoliny i wyjęłam z torebki przywiezione płócienko i obrazek Matki Bożej Gietrzwałdzkiej, przywiozłam także wydanie "Cudów i łask Bożych" w których opisane było uzdrowienie Radka. Zapytałam Karolinę czy słyszała o Gietrzwałdzie, zaprzeczyła, a ja zaprosiłam ją do Gietrzwałdu i opisywałam śpiesznie jak jest tam pięknie.Wstając z sofy zapytałam Karolinę czy chciałaby, abym ją odwiedziła za jakiś czas, powiedziała, że zaprasza mnie kiedy tylko zechcę.  Za dwa tygodnie pojechaliśmy znowu do Karoliny, był to 26 lipca 2007 rok.
Tak zrodziła się piękna przyjaźń z Karoliną i jej rodzicami.

Nigdy nie pomyślałam, że Karolina tak pilnie słuchała o Gietrzwałdzie.Byłam zaskoczona a jednocześni
e szczęśliwa, gdy usłyszałam w kilka tygodni później, że Karolina pojechała z rodzicami do Gietrzwałdu. Przecież to tak daleko dla chorego dziecka...Kiedyś zapytałam Karolinę czy zapakowałaby płócienka z Gietrzwałdu i obrazek Matki Bożej Gietrzwałdzkiej do małych torebeczek foliowych dla chorych - zgodziła się z radosnym uśmiechem. Po zapakowaniu - czyli po dwóch dniach chciała przywieźć już gotowe natychmiast do Mławy....rozbrajała mnie zawsze wielką gorliwością, pracowitością i oddaniem temu co robiła.
Dziękuję Karolino!

Jesienią 2008 po Mszy w Bazylice poszliśmy do Źródełka.Zobaczyłam wtedy obraz, który bardzo mnie wzruszył, czułam wielką pokorę przed tym dzieckiem uświęconym jakże przedwczesnym cierpieniem.Karolina uklękła przed strumieniem płynącej wody i ściągnęła chusteczkę z głowy.Nastepnie drżącą ręką nabierała wodę i obmywała  głowę. Widziałam jej delikatną, dziecięcą rączkę, zagłębienia w czaszce po operacji, kosmyki odrastających włosów...myślałam wtedy, że to subtelne, delikatne ciało zaznało już tyle bólu

i takiego okaleczenia.Nie mogłam zahamować łez.A Karolina nigdy się nie uskarżyła choćby grymasem twarzy na ból, na to, że jej życie płynie wśród sal szpitalnych, że musi brać tyle lekarstw...Przecież nie widziała na jedno oko, miała lekki paraliż lewej strony ciała, dokuczały jej ataki padaczki.
To Karolina nie pozwalała rodzicom wątpić w wyzdrowienie lub złe wyniki badań, to Karolina zabraniała płakać albo być przygnębionym. Karolina trzymała wszystkich w ryzach spokoju, opanowania, cichej radości.
Ciągle chciała coś robić pożytecznego, a najlepiej komuś pomagać, była niezwykle litościwa, wrażliwa na potrzeby drugiego człowieka, czyjeś cierpienie natychmiast ją poruszało. Odpowiadała na każdy apel zasłyszany w telewizji, na każde ogłoszenie w gazecie. Pytała wtedy mamę czy można by pomóc tej osobie, mama nigdy nie odmówiła
i jechały na pocztę wspólnie wypełniając przekazy, blankiety.Nigdy nie myślała w kategorii, że ona sama także potrzebuje pomocy, taką potrzebę dostrzegała tylko u innych.
Dziękuję Karolino!

Któregoś dnia napisałam na gadu-gadu, że robię przygotowania do Świątecznej Zbiórki Żywności, Karolina zainteresowała się akcją i rozpytywała na czym ona polega. Sama będąc po chemioterapii nie mogła wziąć udziału mimo wielkiego entuzjazmu, ale przysłała swego tatę, który wraz ze strażakami zwoził do magazynu zebrane produkty ze sklepów.

W dwa tygodnie  później również za sprawą Karoliny przyjechał do Mławy i wraz ze mną rozwoził paczki żywnościowe ze zbiórki do domów naszych chorych dzieci i ich rodzin.
A Karolina nie posiadała się z radości, że tata zawiózł słodycze dzieciom na święta!
Dziękuję Karolino!

Zbliżało się Boże Narodzenie 2007, organizowaliśmy Opłatek stowarzyszenia na który zaproszona była Karolina z rodzicami. Przyjechali. Na sali było dużo osób choć listę wielokrotnie skracaliśmy z powodu braku miejsc. Była choinka, Mikołaj z upominkiem dla każdego, pięknie udekorowany stół z wiglilijnymi potrawami, gitara i śpiew kolęd przy świecach.Mimo, że wieczór był piękny i nikt nie chciał odchodzić trzeba się było żegnać w wypożyczonej sali. Wyszłam na korytarz gdzie złożone były płaszcze, Karolina z rodzicami zbierała się do odjazdu. I wtedy mama Karoliny powiedziała, że Karolinka chciała mnie o coś zapytać. Patrzyłam na jasną, rozpromienioną  twarzyczkę ślicznej dziewczyny, której głowa owiązana była w piękny wzorzysty szal, w uszach tego samego koloru kolczyki. Karolina nieśmiało ze splecionymi rękoma przed sobą jak małe dziecko, powiedziała, że bardzo chciałaby pomagać, czy jest jakaś możliwość... Karolina i jej rodzice wpatrzeni byli we mnie i czułam, że mam tylko jedną odpowiedź i że nigdy nie mogę zawieść tego dziecka.Nie wiem skąd wzięła się we mnie taka odpowiedź, nigdy jej nie przygotowywałam, ani o tym myślałam. Słuchałam sama własnych słów zadziwiona ich treścią.Opowiedziałam mianowicie, że od dawna poszukuję odpowiedniej osoby na Ambasadora Stowarzyszenia i czy Karolina zgodzi się być moim Ambasadorem. Oczywiście zgodziła się nie wiedząc na czym miałoby to polegać, ja również nie wiedziałam, ale ciągnęłam dalej temat pewnym głosem rozmyślając, że jutro zobaczę w internecie... Pożegnaliśmy się, ale tata Karoliny jeszcze wrócił i z niepokojem zapytał co miałaby robić Karolina jako Ambasador. Odpowiedziałam, że zadzwonię i powiem. Po Nowym Roku spędziłam całą sobotę układając Kartę Ambasadora Stowarzyszenia Hospicjum Królowej Apostołów w Mławie oraz akt nominacji Ambasadora. Z takim dokumentem

i koszem kwiatów na okazję zbliżających się urodzin Karoliny pojechaliśmy do Popowa Kościelnego - do domu Karoliny.
Karolina złożyła przysięgę, podpisała Akt nominacji Ambasadora w dniu 18 stycznia 2008 roku.To było wielkie przeżycie dla Karoliny i dla nas!
Dziękuję Karolino!

Karolina bardzo poważnie potraktowała nominację, była przejęta swoją rolą, wiele czasu rozmyślała i opracowywała sposoby rozwiązania problemów stowarzyszenia, szukała metod, radziła się rodziców. Pierwszą sprawą w którą tak mocno się zaangażowała była akcja pozyskania pojazdu dla stowarzyszenia. Był i jest to nasz problem, który często sprawiał, że nie mogliśmy przyjechać do Karoliny, że trzeba było odmówić wizyty lub wyjazdu z powodu złego stanu naszego 18-letniego staruszka Reno. W Popowie mieszkał pracownik jednej

z większych Fundacji warszawskich  do którego wybrała się z mamą. Rozmowy i spotkania z prośbą o wsparcie lub przekazanie choćby używanego pojazdu nic nie wniosły. Karolina była zawiedziona i zdziwiona, że można odmówić, nie odpowiedzieć na prośbę.Jednak nie zrezygnowała z dalszego poszukiwania. Jednego dnia Agnieszka -mama Karoliny zadzwoniła do mnie i opowiedziała jak Karolina spędza ostatnio całe dni. Otóż wyszukała sobie w internecie adresy do prezesów koncernów samochodowych w Polsce i dzwoniła do nich  prosząc o rozmowę w sprawie samochodu dla stowarzyszenia.Prócz obietnic niewiele to przyniosło, ale taka była Karolina - szła śmiało nie bacząc na przeszkody.
Niedaleko domu Karoliny mieszkała pani poseł na sejm RP do której również zapukała Karolina z prośbą o pomoc w przekazaniu używanego pojazdu.
Dziękuję Karolino!

Karolina sprawiła, że poznaliśmy Edytę. W sobotni poranek spotkaliśmy się za Pułtuskiem i pojechaliśmy razem do domu Edyty w pierwsze odwiedziny. Karolina i Agnieszka tryskały radością, obydwie ubrały się prawie jednakowo-wyglądały jak siostry bliźniaczki, wszystko w kolorze czekolady!Podziwiałam te kochane dziewczyny, że tak spieszą do chorej, że tak bardzo chcą wlać nadzieję w życie Edyty. A dla Edyty przecież Karolina była żywym, widocznym przykładem, że można pokonać chorobę, że można być uśmiechniętym, wesołym, że można dać siebie innym zapominając o sobie.

Edyta przyglądała się cały czas Karolinie, słuchała każdego jej słowa, zapewne porównywała wszystko ze swoją osobą, obydwie chorowały na tą samą chorobę - glejak. Edyta przechodziła bardzo ciężki okres choroby - okres wielkiego buntu, żalu, własnej bezsilności, doszukiwania się w sobie  przyczyn choroby, obwiniania się za smutek rodziców, za rozpacz swojej młodziutkiej córki. Nie wypowiedziała tego słowa, ale byłam pewna że rozmyślała o samobójstwie mimo drapieżnej chęci życia.Widok uśmiechniętej, eleganckiej Karoliny rozjątrzył jakby jeszcze bardziej wszystkie uczucia, które starała się dusić w sobie, a one i tak wypływały z niej jak woda z kranu do podstawionej szklanki.Zostałam z Edytą sama, po dwóch godzinach bardzo burzliwej rozmowy, wykrzyczanego cierpienia wszyszłam przed dom jak pijana.Edyta zrzuciła na mnie cały ciężar choroby, była agresywna, gotowa do bicia.Jednak to przeżycie bardzo nas scementowało, polubiłyśmy się, po tamtej Edycie nie pozstało śladu. Zapragnęła również zrobić coś dobrego, pożytecznego dla innych, dla stowarzyszenia.Jej zainteresowanie naszą działalnością, wielki zapał i entuzjazm, a także chęć energicznego działania często były dla nas motywacją podejmowania trudu codzienności.
Mława nigdy nie zapomni Karolinie i Edycie, kiedy wraz ze swoją najbliższą rodziną przyjechały ratować Świąteczną Zbiórkę Żywności w 2008roku. Kolejny raz podli ludzie zniszczyli ideę tej pieknej akcji i zostaliśmy sami. To właśnie Karolina i Edyta stały w sklepach od 9 rana do 17:30 bez przerwy, bez odpoczynku przy koszach z plakatem Banku Żywności i rozdawały ulotki zachęcając do udziału w akcji. Nikt z ludzi nie wiedział, że w mławskiej Stokrotce naprzeciw kas ta piękna dziewczyna z identyfikatorem to chora Karolina, blada z wyczerpania i osłabienia. Niedaleko niej rodzice również z identyfikatorem przy swoim koszu z plakatem.A kilka ulic dalej w Biedronce tak samo stała Edyta ze swoją siostrą.Uśmiechnięta, radosna i wdzięczna za każdy dar. Na obrzmiałej twarzy od sterydów malowało się szczęście młodego człowieka czyniącego bezinteresowne dobro.
Dziękuję Karolino!

Pod koniec kwietnia 2008 stowarzyszenie rozpoczęło akcję " Podaruj Misia " wśród uczniów szkół i mieszkańców Mławy. Informacje o akcji przekazaliśmy także Karolinie wraz ze zdjęciami pierwszych misiów, które mieszkańcy zaczęli przynosić na naszego biura. Odzew był niesamowity, nasz magazyn, biuro sprawiały wrażenie fabryki misiów, lalek i innych pluszaków, nie było gdzie nogi postawić. Karolina rozpowszechniła akcję w swojej szkole w gimnazjum
w Serocku , w szkole w Popowie, nawet przed ślubem kuzyna Karoliny wszyscy goście mieli zapowiedziane, aby zamiast kwiatów zakupić misie, przybory szkolne, książki, atlasy, itp. Rozesłaliśmy listy do szpitali dziecięcych

i  fundacji działających na rzecz chorych dzieci. Na nasze listy z propozycją przekazania misiów odpowiedziała fundacja Ewy Błaszczyk, szpital dziecięcy w Olsztynie, dom dziecka w Stawigudzie, szpital w Garwolinie.Akcją zainteresowała się telewizja Polska, a w szczególności działalnością Karoliny jako Ambasadora. Zgodziliśmy się na nakręcenie kilku odcinków, po wahaniu
i przełamaniu wstydu Karolina zgodziła się także pod warunkiem, że nie będzie musiała mówić. Kiedy zajechaliśmy z ekipą telewizyjną do domu Karoliny zaniemówiłam na widok ilości zabawek prześlicznie opakowanych w kolorowe wstążki, tęczowe bibuły, kokardy wielkości słonecznika. Wszystko wyglądało jak w kolorowej baśni, z opakowań patrzyły na nas  buziaki i błyszczące oczy puchatych misów i zwierzątek, grzbiety książek i atlasów piętrzyły się pod sufit, pudełka z kredkami i przyborami pachniały nowością i mieniły się wszystkimi barwami.Telewizja nagrywała jak misie z Mławy przyjechały do misiów
z Popowa i dalej wyruszą do Warszawy do Fundacji Akogo gdzie spotka nas Ewa Błaszczyk.
Dziękuję Karolino!

Skromność i prostota Karoliny zdradzały uczucie własnej małości. Była gotowa zrobić wszystko dla drugiego człowieka uważając, że tak niewiele zrobiła, nie rozumiała podziękowań pod własnym adresem.

Kiedy nagrywany był przyjazd do domu dziecka w Stawigudzie i przekazywanie setek zabawek, pięknych ubranek, gier, książek obserwowałam Karolinę, która siedziała niepozorna, daleko od pisku i radości dzieci - patrzyła na dzieci, przyglądała się dzieciom, które nie mają mamy, własnego domu-" jakie to smutne" - mówiła w samochodzie. Wśród dzieci były maluszki z wadą słuchu, wymowy, dzieci które wskutek doznanych przeżyć mało mówiły - te dzieci poprosiły mnie i Karolinę na środek dużego pokoju i śpiewały różne piosenki jako wyraz podziękowania za otrzymane prezenty. Nie mogłam powstrzymać wzruszenia, oczy Karoliny mocno błyszczały, była zażenowana, że występy są dla niej.
Dziękuję Karolino!

Karolina zasadziła ideę kampanii " Białych Serc " najpierw w swojej szkole

w Serocku, a w następnym roku w Pokrzywnicy i w pułtuskich szkołach oraz okolicznych miejscowościach.To Karolina zachęcała swoim zaangażowaniem, powagą tego co mówiła i czyniła na rzecz kampanii innych.Kampania jest dziełem grupy Zalewski Patrol, która działa statutowo w Stowarzyszeniu od 2005 roku i jej przesłanie to pokojowy protest przeciwko narastającemu uzależnieniu od narkotyków wśród młodzieży szkolnej.Grupa Zalewski Patrol przyznała Karolinie najwyższe odznaczenie - statuetkę Orła za ideę krzewienia przesłania kampanii " Białych Serc". Statuetkę wręczono w obecności dyrektor szkoły Karoliny, pedagog oraz wychowawczyni klasy.
Dziękuję Karolino!

Karolina spędziła wiele dni, tygodni na oddziałach onkologii.

Nikt nie lubi być w szpitalu, a szczególnie dzieci. Dzieci boją się szpitala, przy łóżku szpitalnym musi być nieustannie mama...Karolina pragnęła, aby dzieci zmuszone chorobą trafiały do szpitala podobnego do domu, żeby w takim szpitalu było po domowemu, żeby nic nie przypominało wyglądem i atmosferą szpitalne sale, okrucieństwo choroby. Przeżywała z nami losy zakupu działki pod budowę hospicjum, zbierania funduszy na ten cel.
W roku 2008 zaprojektowaliśmy cegiełki o nominale 5 złotych na których zamieściliśmy zdjęcie Karoliny i moje z prośbą o wsparcie. Cegiełki są rozprowadzane na Mazowszu.
Karolino trafiłaś ze swoją prośbą do tylu domów, tylu osób, które oglądają Twoją twarzyczkę i podziwiają Cię za wszystko co zrobiłaś i dalej robisz dla dzieła hospicyjnego.
Dziękuję Karolino! 

Po Niedzieli Palmowej 2009 r zadzwoniła Agnieszka, że jest nawrót choroby.Nacieki na czoło, główkę, postępujący paraliż, częste ataki epilepsji. Zamarłam. Chciałam zakrzyczeć Agnieszkę. Chciałam powiedzieć coś dobrego, miłego, coś, co da nadzieję. Zabrakło mi słów, płakałam cichutko, tak aby Agnieszka nie postrzegła.
Zaczęłam pisać sms-y do Karoliny. Mokrymi rękoma od płynów do mycia okien, wśród ścierek do sprzątania na Wielkanoc.Co napisać dziecku, które wie o nawrocie choroby, jakich słów użyć aby nie dotknąć czy zlekceważyć.Pisałam i kasowałam, pisałam i kasowałam nie wiem jak długo. Wszystko wydawało mi się głupie i trywialne.I pomyślałam wtedy co powiedziałaby Pan Jezus do Karoliny gdyby teraz był na moim miejscu.Akurat rozpoczynał się Różaniec w radiu, wtedy rozpoczęłam pisać do Karoliny.

Nie wiedziałam jak Karolina to przyjmie i czy zechce przyjąć.
Dziękuję Karolino!

Pojechaliśmy znowu do Popowa do rodziców Karoliny w tydzień po Jej pogrzebie. Wychodząc do przedpokoju z zamiarem ubierania butów i płaszczy do odjazdu Agnieszka patrząc na Elę, która wtedy była z nami powiedziała "...to było takie dziecko, nigdy żadnej skargi,nawet słowa. Pytam - Karolisia, boli Cię coś?- Nie, nie boli - odpowiadała. Zawsze tylko mówiła -" Ja pomagam nieść Krzyż Panu Jezusowi ". To ja już wtedy nic nie mówiłam, no bo co powiesz....to takie dziecko było..."

Czułam jak nogi ugięły się pode mną, chowam twarz w płaszcze, niby szukam, niby nie mój szalik, buty niby przemoczone........płaczę.
Wszystko drży we mnie.
Nigdy wtedy  nie odpowiedziała na moje sms-y. Dopiero dziś wiem, że je przyjęła, że pokochała chorobę, że zrozumiała sens cierpienia, że ofiarowała je Chrystusowi.
Dziękuję Karolino!


Aniela Adamska- Zalewska
                                                                                                                                  Założycielka / prezes
Stowarzyszenia Hospicjum Królowej Apostołów w Mławie


Mława, 17 luty 2010